


Drew do kominka ponarzucałem. Oj cieplusi domeczek się zrobił mój skrybo, ciepło na duszy. Co by skryba powiedział, na imbryk z herbatą, mocną, co by ducha nagrzała. Dziś pracy od groma jasnego, przecie gdym popołudniu wrócił z polowania (dwa zające) pod mą chatę podjechała bryczka Pana mego.
Tak oto leży tu, wśród innych skarbów zielone pudełeczko, z niecodzienną ilustracją na wierzchniej części. Pióro czas zamoczyć w tuszu czarnym, księgę "Otabace" roztworzyć i zabrać się do pracy. Oj jak mi się nie chce, tyle ksiąg nad mą głową się rumieni, a ogień tak miło się skrzy. Co bym dał za lekturę Arystotelesa...
Trzeba jednak ku ziemi się schylić, świeca jak zwykle mym czasomierzem pracy. Póki ona płonie ja piszę, gdy gaśnie, rozpoczynam następną, lub na spoczynek się udaje. Pół jej widzę, tak więc rozpowiedzieć się będę miał sposobność. Tylko jak tu zacząć kiedy z diabłem do czynienie się ma. Diabłem, którego uchwycić nie miara. Oj Ty Bernardzie, jak można zakląć tak smak, że człowiek gubi się w korytarzach zapachowych, który żaden nazwy nie posiada. Obijam się o ściany, nie widząc niczego. Tym razem to ja wygram. Oj tak zapomnę się na chwilę i zobaczę wreszcie te składniki. Rozmawiałem z wielkiej klasy mistrzami w tej dziedzinie i dużo ciekawych rzeczy się dowiedziałem, jeśli idzie o tę klasę tabak, co Schmalzer się zwą. Oj nakłopocił się cały zespół rzemieślników w Starych Niemczech by takie cudeńko stworzyć. Oj nie jeden roczek musi minąć, by tabakierky napełnione zostały. Skryba to docenia, bo i jakże nie! Mówił mi zaprzyjaźniony Niemiec, było to bodajże miesiąc temu, na targu w pobliskiej mieścinie. Kupowałem ja wtedy jak mnie pamięć nie myli, kilka kur. Idąc między straganami, po bruku nieczystym, natknąłem się na tego Niemca. Handlował przede wszystkim tytoniem dla fajczarzy, ale kilka znanych w szerokim gronie tabaczników, diabelskich proszków, miał on w posiadaniu. Zakupiłem machinalnie kilka produktów u niego. Był tam między innymi, rozsławiony na ziemiach naszych Schmalzer, lecz w wydaniu Pana Pöschla, też zacny wyrób. Rozmówiłem się wtedy z nim o tym całym Schmalzer, co to takiego. Pamiętam jeszcze do dziś jego słowa, postaram się przytoczyć ich sens, tu na te pożółkłe strony księgi Otabace:
"Panie kochany, jeśli rozchodzi sie ło te cudeńka, niech mi pan Boże zawierzy, ze łone, leżą se bodaj dwa latka, jak to mówią profesorowie - fermentują łone, w tym czymś zanurzone. I jak mówiłem leżą one i leżą całe dwa roczki. A są wyrabiane z najlepszych Ci tytoniów jakie można znaleźć, daleko hen w świecie. Ponoć taki diobeł jak Mangotes służy gównie to tych tabaczek, ale czort ich panie wie, co łoni z tym robią, ja jeno słyszałem, no i czasem sam miał jam sposobność obaczyć. Jak se poleżą, te całe tytonie w tej wodzie troszeczku, to się je panie kochany zaczyna traktować różnymi melanżami, jak choćby cukrem z tych trzcin, albo jabeckiem dobrym, czy leż śliweczką, a czasem całym Ci bukiecikiem owoców najróżniejszych. One tam leża później i leżą, a co sie z nimi dzieje tam, ni najstarszy diobeł, nie wie. Wiadomo jeno, bo som widziol, jak sie rozłupiło te jamy wielgachne, to czuć Ci, jak w gorzelni jakimś rumem, i tytonie, jak zielone były czarne są Ci! Na końcu sie je wyciąga, nawija na bele i w skórę woła się owija - wiem o tym bo kiedyś sam pracowałem w takim zakładzie tyle, że u pana Bernarda i własnymi rękami zawijałem bale w skóry i konikami w mym zaprzągu wiozłem to do fabryki panie. W fabryce tez, sprawa nie łatwą. Bo tam osobno już rok wcześniej przygotowuje sie liście tytoniu najrozmaitszego, i z żyłkami miesza sie to wszystko. Samą tabackę sie, niech mnie czort porwie, ale dodatkową połóweckę roku sporządza. A ostatecznie sam pan Bernard wyciąga Ci recepturę i nachyla się nad nią w swoim pomiętym stroju, i czyta cichutko, później działa mój panie. Ale jak tego nikt nie wie! Rozciera się ją już przy wykładaniu i wkłada do spichlerzy drewnianych. Tam to leży dwa dni, i mieszać trzeba, żeby się wilgoć nie złapała. I jest panie, takiego aromatu nie zaświadczy dobrodziej ni jak inaczej. Ma to cosik w sobie, sam czasem lubie skubnąć nieco..."
Tak to było mniej więcej. Pamiętam dobrze, bo to stary człowiek, obeznany w krajach, nie raz z nim piłem jak z bratem. Może nie ma i za najlepszego języka, ale dużo wie z praktyki jak życie smakować. I trzeba będzie zdać sobie sprawę z tego faktu, bo wilgoć nasuwa od razu tu takie skojarzenie. Widać i czuć, że ta tabaczka, nie była tak normalnie sporządzona. Czuć tu prace ludzkich rak, czuć tu przede wszystkim czas moi drodzy - czuć czas.
I tej tabaki nie ominie zaraz degustacja, bo spozieram na nią już permanentnie od początku, gdy herbatę chlipać zacząłem. I już kusi mnie, bo nos pusty, a ręka nie wiadomo czemu pióra się machinalnie trzyma. Ale zwarzcie moi czytelnicy drodzy uwagę, na opowieść handlarza, bo w niej prawdy wiele jest. Gdy zdacie sobie sprawę z tych cudów, dopiero zrozumiecie tą tabaczkę, inaczej nie sposób. A i w ogóle, może uda się wam, być smakoszami Schmalzerów, Bernarda czy Pöschla. Teraz wstanę, naleję herbaty do garnuszka, zmoczę swe usta, a następnie wdrapię się z powrotem na mój taborecik, po czym zażyję tegoż wyrobu po raz kolejny! Za chwilę z zamkniętymi oczyma będę błądził w tym labiryncie smakowym...
Schmalzler smakuje jak Schmalzler. Otóż i to mój biedny umyśle, który zgłębić składniki smaku zawsze chcesz i pragniesz. Sam zapędziłeś się w kozi róg, lub ten tabaczany! To ty narzuciłeś sobie formę do konstrukcji, jak to czynili mądrzy grecy budując swoje peripterosy i dipterosy! A co jeśli tabaka posiada swój smak, tak indywidualny dla swej krasy, że nie można go odnieść do niczego nam znanego z życia na padole. To ty skarbnico zapachów, skrzynko obrośnięta włosami, co wszystkie smaki przetrzymujesz, a następnie je nazywasz, dodaj kolejny obok zapachu, śliwki i pomarańczy, zapach który będzie się zwał: "Schmalzler"! Odważę się po raz pierwszy nie zdefiniować smaku uniwersalnego, nie porównać go do smaku znanemu nam powszechnie. Schmalzler taki jak ten zasługuje na to by mieć swój własny smak, który powstaje przez lata i nadaje mu taki specyficzny aromat, którego gwałtem by było porównać do śliwki czy suszonego jabłka. Tak nie można moi kochani. Schmalzlery są różne, i w ich obrębie można doszukiwać się specyficznych smaczków, ale aromat jest jeden, aromat który każdy tabacznik musi sam poczuć, i dodać do swej skarbnicy smaków i zapachów! Za tą rewolucję myślową, Pan złoi mi skórę, albo wynagrodzi syto. Specyficzna wilgoć, czas który wyczuwalny jest tu jak nigdzie indziej, dzieli swe pokłady, z oryginalną świeżością. No i ten kolor, który niejednego wprawi w obawę, przecie to prawie czarne zielsko jest, a tak wyjątkowo smakuje, no jak! Jak tu wyhodować świeżość, gdy tabaka leży zamoczona po brzegi w wodzie przez dwa lata... Sam czort by tego nie uczynił - Bernardowi się udało.
Oj skrybo, skrybo. Nie wiem czy dobrze postąpiłeś, jutrzejsze polowanie może odbyć się na twoją skórę... Lecz będę do końca wytrwały i zakończę te diabelskie porachunki ze starym Niemcem, co już nie jednego figla wyciął mi w życiu. Co innego Alois, ale ten drugi to sumienia nie ma. Tak męczyć biednych skrybów, co po całym świecie rozsiani są, niby jakieś rodzynki czy pokrzywy parzące.
Kolor wybornie stonowany, jak i smak. Ja tu wyczuwam spisek w swej schorowanej głowie. Tak dobra kolorystyka musi jakoś korespondować z tak wyśmienitym smakiem. Podobne wyważenie temperamentu i nasilenia doznań, tu wzrokowych, tam zapachowych. Jakiś przeklęty spisek. No bo czemu na wierzchu mieści się, tak cholernie dobra ilustracja, tańczącej pary, jaką można spotkać, po różnych szynkach na prowincjach niemieckich. Doskonały, żółcień pokrywający proste, lecz dostojne liternictwo. Czemu mechanizm, jest tak mądrze skonstruowany! No i czemu z tył mamy taki piękny niby to relief, niby to pieczęć! Odpowie mi ktoś nareszcie, czemu ten Bernard, tak oto wszystko dba, bo ja już sam nie wiem!
Może warto by było się już położyć, bo czuję, że mój umysł owładnęły majaki. Lecz tusz rozlewa się po księdze, odwrotu już niema. Pan jutro będzie to czytał, a ja spod oka będę obserwował jego wyraz twarzy... Lepiej odłóż już to pióro nieszczęśniku, bo powiesz za dużo, a powiedzieć coś byś mógł, lepiej odłóż to pióro powtarzam! Kiedy ręka nie chce. Kiedy umysł szaleje, niech spłonę, ale powiem po stokroć, że ta tabaka ma w sobie diabła, ma kolejny niepowtarzalny smak na tym globie, który dziś odkryłem. Szczęśliwy bądź Boże, spać idzie twój grzesznik malutki!