Powszechnie przyjętą opinią, wręcz truizmem jest dla wielu polskich miłośników tabaki przekonanie, że nasz kraj to tabaczna pustynia, w najlepszym razie półpustynny step. W tym stepie szerokim nikt, kto poważnie zażywa tabakę niczego sensownego nie może znaleźć, głosi dalej ta opinia, zaś wszystko, co w tabace najwartościowsze znajduje się na zachód od Odry. Cóż, ponoć z truizmami się nie dyskutuje, lecz ja mam na to dużą ochotę, gdyż po pierwsze uważam, że Polski tabaczną pustynią nazwać nie można (nie wyjeżdżając z naszego kraju nabyłem około 30 rodzajów tabaki), po drugie z tymi cudzoziemskimi krajami też jest różnie, o czym miałem okazję się osobiście przekonać podczas pobytu w Austrii.
 
Wyjeżdżałem tam, nie ukrywam, z nadzieją; tym bardziej, że swe kroki kierowałem do Tyrolu. Wiadomo wszak – kalkulowałem – że Tyrol to prawie Bawaria, a Bawaria toż to ostoja tabaczenia w Niemczech, zatem Tyrol to zapewne najbardziej „zatabaczony” land w Austrii. Rzeczywistość przykro zweryfikowała to moje nadmiernie optymistyczne założenie. Proces ten rozpoczął się już w pierwszych godzinach pobytu w Austrii. Wprawdzie w miastach i wsiach nieustannie świadomość tabacznika atakowana jest szyldami „Tabak”, lecz jest to jedynie ułuda, gdyż należy pamiętać, iż „tabak” to po niemiecku tylko (albo aż) „tytoń” i taki anons nie musi oznaczać nic więcej ponad kiosk z papierosami. I niestety na ogół nie oznacza. Pod tym względem Austria jest bardzo podobna do Polski. W sklepach tytoniowych tabaki reprezentowane są przez tzw. pöschlowską podstawkę. Jej skład jest ilościowo podobny do polskiego wariantu tego tworu, choć jakościowo nieco od niego odbiega. Co wchodzi w jej obręb? Przede wszystkim Ozona (wymawiana: ocona) mentolowa, malinowa i wiśniowa. Wspierają ją Alpina, Löwen Prise i Johnny (uroczo wymawiany: czoni) – tabaka o aromacie moreli. I ten zestaw (nie zawsze w pełnym składzie) bryluje praktycznie we wszystkich trafikach. W nielicznych wypadkach wspiera go Lotzbeck, czasami, choć to już ewenement, McCrystal`s. I nic więcej. Po prostu nic. Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy liczyliście na schmalzlery, lub wyroby wychodzące poza pöschlowski kanon. Daremne żale, próżny trud, odwiedziłem ponad dwadzieścia sklepów tytoniowych w sześciu miastach i trzech landach i nie znalazłem tam niczego szczególnie interesującego, choć, i tu trzeba oddać sprawiedliwość, trafiki austriackie mają bardzo pokaźny asortyment, z tym, że są to przede wszystkim papierosy, gadżety fajkowe i cygara.

 Ostatecznym ciosem, który mnie dobił na krótko przed opuszczeniem tego gościnnego kraju była próba zwiedzenia – uwaga, uwaga – Muzeum Tytoniu w Wiedniu. W przewodniku wyczytałem, że jego imponująca kolekcja wywodzi się bezpośrednio z połowy XVIII wieku, kiedy to Józef II stworzył monopol tytoniowy (funkcjonujący po dziś dzień) i przekazał mu posiadane zbiory artykułów związanych z używaniem tytoniu. Kolekcja ta, systematycznie powiększana przez 200 z górą lat jest wystawiana w omawianym muzeum – zachęcał przewodnik. Toż to musi być wspaniałe miejsce – zachwyciłem się – ileż tam różnych tabakierek, albo rodzajów starych tabak! A może będzie sklep?! Jeśli nie z tytoniem, to przynajmniej z publikacjami na temat! Aha, jeszcze czego. Przewodnik, jakim dysponowałem został wydany 11 lat temu, a od tego czasu sporo się w Muzeum Tytoniu zmieniło. Przede wszystkim przestało istnieć. Z powodu małego zainteresowania zwiedzających – jak wyjaśniła mi bardzo uprzejma pani w informacji nowego obiektu działającego w tym miejscu. A jakiż to obiekt? Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Najwyraźniej ona bardziej rusza wiedeńczyków. Zaś z dawnej kolekcji muzeum jedynie fajki Franciszka Józefa są obecnie pokazywane w Schönbrunnie. Reszta spokojnie spoczywa w magazynach. Całkowita klęska.

 Doświadczenie austriackie powinno służyć zweryfikowaniu truizmu przywołanego na wstępie. Polska nie jest tabaczną pustynią. Mimo, że nie możemy narzekać na nadmiar wyrobów, nie ma też powodu do uskarżania się na ich brak. Nawet, jeśli porównujemy sytuację do panującej w kraju o, pozornie, silniejszej tradycji tabacznej, niż u nas.
 

 Łukasz Ostrowski, 2007r.

 

powrót do działu Felietony