Z Dziennika włóczęgi. Jak czuć. Opisać opis. Zrozumieć smak. Nierozwiązany problem. Dżem z gruszek i pigwy. Podróż się nie kończy...

"Błękit spija kleks Białego atramentu chmur"
M.Deguy (tł. Sted)

To po Tucky Snuff, drugi tekst płodzony w autobusie. Hm... Tyle to lat minęło. A autobus, nie inny jak ten sam. W stronę tą samą gna. Od Gorlic do Tarnowa. Na północ, i co dalej? Ha. To opis, a nie felieton. Żeby kochani nie zapomnieć, że to w dalszym ciągu opis. Cały czas, otabace opisuje. Nie mówi o przedmiocie, a jedynie opisuje ten przedmiot. A to dwie różne rzeczy. Pamiętajcie, o tym. O smaku, o tabace, o. Nigdy w życiu pisarz, czy skryba nie popełni, opisu oddającego w pełni smak, opisu obrazującego, dokładnie zapach odczuwany. Bo czuć można, jedynie prawdziwie, a opisywać ... Słowa mają zbyt ułomną formę, by oddać czucie. Są pewne progi, których nie sposób pokonać. (Jak się wyjeżdża z Gorlic, to trzęsie jak cholera). Nowy opis na otabace, to kolejna próba, bądź co bądź ułomna, oddania tego czegoś. Ech - cudne manowce. Tego czego się oddać, nie może. Czego racjonalnie, pojąć się nie zdoła, bo smak, to nie "rzecz", racjonalna - to rzecz, jak najbardziej nieracjonalna. I tak myśląc - nie ma dobrego opisu. To po pierwsze. To taka teza. Dobry opis, musiałby w pełni oddać uczucie bratające się z człowiekiem w chwili zażycia. A czegoś takiego, nikt nie spłodzi. Chyba, że człowiek nikt. Bo jak się niuchu zakosztuje (nieważne jakiej tabaki) to po prostu potęga! I tyle. Potęga! I nic więcej. Potem człowiek, jak pies próbuje się otrząsnąć, z ciepłego deszczu zapomnienia, bierze długopis, albo białe zęby truposza i zaczyna pisać. Ale te, wspomnienia, nie są wspomnieniem. To, próba. Czy opis, będzie poprawny, czy słaby zależy od wielu czynników, zewnętrzno - wewnętrznych.

Warsztat opisującego (poety), jego wrażliwość, jego sposób postrzegania świata, jego sposób życia, jego znajomość literatury, jego styl pisarski, jego sens istnienia i w końcu jego poezja. Czym dla niego jest. Bo różni są poeci. Dla jednego poezją będzie, styl "racjonalno - definicjowy", a dla drugiego symboliczno - prozowy. Albo Brzozowy. Można też pisać stylem łąk, tych podniebnych. Różnie. To zależy, czy opis zyska pewną iskierkę miłości, czy będzie pozornie profesjonalny i rzeczowy. Pozornie - bo już przecie wiemy, że rzeczowego się spłodzić nie da. Rzecz jest zbyt duża, by opisać ją, taką jaką jest. Więc cały czas opis... Pamiętajcie, opis człowieka. Człowieka opisujący. Tabakę smakujący.

To w tabace, jak i w życiu tym codziennym jest bardzo, i jedynie sprawiedliwe. To że, "zrozumieć" (poczuć prawdziwie) smak, to jedynie zażyć tego smaku. Zakosztować, cząstkę, materii. Przytulić do siebie woń. Ucałować. Poczuć, na "własnej skórze". Opisujący smak człowiek, może tak jak i jak, który często próbuje sił w opisie, jedynie pomóc Ci (Ewentualny Czytelniku), pomóc w twoim rozumowaniu. W twoim postrzeganiu... Ale nigdy sam za Ciebie. Rozumiesz? To jest tą sprawiedliwością, najczystszą. Fakt rozumienia. Każdy, człowiek, tylko sam może zrozumieć. I to jest piękne. Ja za Ciebie nie zrozumie, ty za mnie. Idąc, jak mi się wydaje bardzo poprawną, drogą rozumowania wewnętrznego, dochodzimy na skraj łąki. Dochodzimy do konkluzji, że zrozumienie opisu czytanego, przez "ewentualnego czytelnika", nie może być prawdziwe, czy pełne jeżeli się smaku nigdy nie próbowało, na skórze własnej. Najowocniej, było by. Być musiało by, jeśli smak czuło by się, w czasie czytania. Powinniśmy niechybnie, zmienić formułę czytania. Się zażywa, się czyta. Się rozumie...

A jak się nie ma? Jeśli się tego, czy innego smaku nie ma z sobą? Nie ma w sobie? Te pytania musiały paść w tym miejscu - starannie. Co wówczas, pytasz Ty. Pytam ja. I ja odpowiem. Ja spróbuję, z pochyloną głową, Ci odpowiedzieć. Spróbuję delikatnie. Trzeba mieć, wówczas świadomość, niechybnego zetknięcia się z subiektywizmem czytanym. Trzeba mieć świadomość, że czyta się opis smaku, a nie czyta się jakim ten smak jest naprawdę. Mieć świadomość, że smaku w żaden sposób poczuć, czyli zrozumieć się nie da. Że czyta się cały czas. A nie rozumie, czy czuje, jak ten co próbował oddać smak na papierze. Próbował go Ci wizualizować, za pomocą słów. Ale nie udało mu się. Ja wiem to. Ty wiedz też. Tamten co pisał, zrozumiał, bo odczuł. Ale, on tylko opisał - lepiej czy gorzej, to już zależy od czynników do których doszliśmy już kiedyś. Tam wyżej. Tam wcześniej...

Tak więc nie powołujcie, się na ten czy, inny opis. Bo prawa takiego nie macie. Ja prawa takiego, z wami razem nie mam. Działania takie nie mają większego sensu. Pisze do was człowiek, który spróbował zrozumieć pewne, nasze drogi rozumowania. Poznawania. Zależności, i filozofii, tabaczanej. Po kilku latach, siłą rzeczy człowiek musi dojść do spraw, bardziej prawdziwych. Mam świadomość, że to o czym teraz piszę, może być zrozumiane do końca tylko przez, tych którzy też, przekroczyli pewien poziom... Którzy są skłonni zrozumieć. Rozumieć. Ale to też opis. I tylko Ty, możesz sam go zrozumieć. Pamiętasz. Pamiętaj. Próbujcie tak więc sami. Próbujcie jak najwięcej smaków. Próbujcie poznać nieznane. Nie powtarzajcie, cały czas smaków tych samych, bo to w pewien sposób tracenie cennego czasu. Musicie gromadzić doświadczenia. Robi się to tak:

Wsiadasz do pociągu, trasa załóżmy ma 70 km. Docelowo jedziesz gdzieś. Wracasz dajmy na to do domu. Do konkretnego celu, ale w połowie, na początku, czy przy końcu, wysiadasz. Nie wiesz gdzie jesteś. Nigdy tu nie byłeś. Idziesz na łąkę. Siadasz pod drzewem. I próbujesz smaku. Próbujesz smaku wiatru, drzewa, trawy, łąk. I magazynujesz, w wspomnieniach cudownych. I tam wyciągasz tabakę. Taką co próbować Ci nigdy, nie było dane. I sypiesz dwie górki, na ręce. Zamykasz oczy. Czujesz? Potęga! To mówię ja. I zapewniam Cię, że ta mieszanka, jest prawdziwa. Całość doprowadzi Cię ostatecznie, do stuprocentowego odczucia smaku. I Ty tam, gdzieś daleko, blisko nieba zrozumiesz. Zrozumiesz najczyściej, całym własnym ja. Poczujesz dokładnie, i zapamiętasz na całe życie. Będzie świadom do końca smaku.

"The gate is straight, deep and wide Break on through to the other side"

Mr. Mojo Risin

Spróbuję teraz tabaki. Teraz właśnie. Żeby było dobitniej. Posłucham przy tym Czerwonego Tulipana, żeby było mocniej. Zażyję teraz tabaki. Ważne jakiej. Tabakę najlepiej zażyć jak się opuszcza Zborowice, a wjeżdża do Ciężkowic. Jest tam taki prosty odcinek drogi. I tak trzęsie, bo to w końcu PKS. Ale tam jest dobrze. Narzekać nie ma co.

(...) wiecie, że poezja jest wszędzie tam, gdzie nie ma głupio szyderczego uśmieszku człowieka - kaczki. Najpierw wytrę nos, bo czuję tego potrzebę, a następnie wspomagany potężnie własnym ramieniem, ujmę na nowo pióro, które palce moje upuściły.

Lautrémont

"Autor jest więźniem własnych założeń"

Umberto Eco

To źle, że przyjęło się tak, a nie inaczej. To kolejny wielki problem, który nawiedza człowieka, jak łasica cmentarna. Nawiedza go po kilku latach. Przychodzi w końcu do niego. Nie tak. To człowiek dochodzi do niej. Sam. W własnej woli. Własnym ja, przytula się do niej. Sam tego chce. Chce niechybnie. To źle, że autor musi porównać tabakę do konkretnego zapachu. Do konkretnej formy. Do jakiegoś absolutnego zapachu. W ten sposób staje się więźniem, świadomie czy nieświadomie konkretnych form. To źle. Ogranicza się siłą rzeczy. Siłą faktów. Dla mnie, dla przykładu Schmalzlery pachną w tak charakterystyczny sposób, że nie sposób go zobrazować. A jeśli się próbuje, to ułomnie. Mają po prostu, swój charakter. I to do nich można porównywać. Ale to już paradoks. Przeczę, przecie wcześniejszej myśli. Wcześniejszemu założeniu. Och! Wrrr! "Założeniu".

"Pomóż wspomóż, wyjątku czuły odeprzeć harde harty reguły"

Sted

Pojawia się pewien problem natury filozoficznej. Boję się, że go nie rozumie na ten czas. Muszę się z nim zmierzyć, w samotności. Muszę go jakoś pokonać. Teraz jeszcze nie wiem. Wiem jedynie, że autor usilnie próbuje odnaleźć odpowiednik zapachu tabaki, gdzieś na zewnątrz. W sadzie, kuchni, piwnicy, sklepie itp. Robi to tylko po to by oddać zapach słownie. By wizualizować go specjalnie dla ewentualnych czytelników. Robi to dla Ciebie. Robi to podług założeń. Ciekawe czy dobrych. Czy ciepłych, przyjaznych. Założenia, boję się, że takimi być nie mogą. To ich przebrzydła natura. To ich urok.

Dojeżdżam właśnie do Tarnowa. Spociłem się okropnie, przy tej poezji. Chyba jak nigdy. Trudno dzierżyć pióro w ręce. Dobrze, że jest ramię. Dobrze wielce, że ono jest. Że ono się nie poci, i męczy jak ten co je trzyma. To dobrze. Wiem, że nie zrozumiem ostatniego problemu. Przynajmniej nie na razie. Ta podróż dobiegła końca. Zaraz wyjdę na chodnik, pobiegnę do sklepu, po dżem z gruszek i pigwy, wręczę go pani. Później wezmę za rękę łodyżkę fiołka, i pójdę daleko. Pójdę na pola. Tam nie będę myślał, o tym problemie. Potrzebuję odpocząć. Potrzebuję wylizać się. Ona będzie tam ze mną. Łodyżka fiołka, jak fiołek sam. Kiedyś wam odpowiem. Kiedyś w jakimś pociągu, na pewno tak. To w końcu dziennik włóczęgi. I tu się do różnych rzeczy dochodzi. Ta podróż jest otwarta... Pamiętajcie. Tu się różne rzeczy wytłumaczy. Dozo baczenia (ewentualny czytelniku).

"Jeśli chodzi o autobusy PKS, to jedno jest pewne, milej się w nich czyta, a niżeli pisze"

(Z dziennika włóczęgi)
sleo 2006

powrót do działu Felietony