

![]()

"Urodziła się w Anglii. Brunetka niesamowitej urody i cudu ciała. Nie sposób opisać jej historii z braku informacji o jej rodowodzie. O niej wiadomo nie wiele, lub wiedzą nieliczni. Znaleziono ją gdzieś ostatnio, biegli stwierdzili, że martwa... Czy aby na pewno ? Czy oni dobrze sprawdzili, czy nie potrafią się wzbić nad śmierć..."
"Blondynka pochodzenia Niemieckiego. Rodzice znani szerzej w niejednym kraju. Wynika to z wielkiej firmy których właścicielami zostali. Córka ich jednak, w ogromie rodzeństwa przepadłą bez wieści. W małej Polskiej wioseczce, jeden z tubylców, amator, konstruktor znalazł ją i przygarnął do siebie. Ledwo żywa, nie widać w niej okruchów życia. Jak stwierdzili wiejscy tubylcy, "ona już nie żyje". Jednak konstruktor, który ją znalazł twierdzi co innego. Nie zgadza się z opinią publiczną, choć obronić stanowisko jest mu bardzo trudno..."
"Szatynka urodzona na ziemiach Polskich. Wiemy o niej kilka pikantnych faktów. Pochodzi z pomorza, gdzie w ubiegłym wieku sprzedawała się namiętnie. W pewnych okolicznościach wynikających z polityki kraju, znikła "bezpowrotnie" jak twierdzi policja i specjaliści w tej dziedzinie badań. Dostaliśmy list od niejakiego M. Bobola, że znalazł ją w okolicach Krakowa, i zawiózł do swej posiadłości. Napisał nam, że miała jeszcze na sobie strój, ale w pod nim okazała się być już kruchą, i nie dającą znaków życia. Policja na razie milczy w tej sprawie. Nie dowierza redakcji, o rzekomym pochodzeniu listu jaki dostaliśmy. Sprawa w martwym punkcie."
"Jak dowiadujemy się z porannego dziennika powszechnego: "Trup odnaleziony". Podobno w starej Polskiej wiosce, gdzie tradycje niemieckie są na porządku dziennym, odnaleziono w opuszczonej chałupie, miedzy szafą, a maszyną do szycia, worek, a w nim ciało. Odnalazł ją młody szlachcic, którego babka tam zamieszkała. Ale dom stał pusty około 30 lat, wg. zdania Szlachcica. Co do samej odnalezionej, nie wiemy wiele. Odszukały się jednak jej dokumenty. Czy to wszystko co możemy powiedzieć o niej .... ?"
Wycinki z owych gazet, które znalazłem w prasie kryminalnej zeszłej zimy przesiadując w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Dopiero dziś po 5 latach obcowania z tematem śmierci mogę coś niecoś rzec na jej temat. Dysput przedstawia się bardzo zawile, i nie wiem czy będę mógł oddać w pełni swą myśl. Po takim czasie, każdy z was mógłby dostać pewnej pasji... Nie mówię że jestem szaleńcem, staram się być zrównoważonym psychicznie obywatelem Rzeczypospolitej Polski.
Ludzie mówią o mnie "obłąkaniec" ponieważ zacząłem się interesować pewnymi sprawami o których się nie mówi "głośno", "publicznie". Ale czemu ? Czy to coś złego stanąć twarzą w twarz z śmiercią i powiedzieć jej: "Łajdaczko nie wierzę w twoją potęgę, ja potrafię przywrócić życie, potrafię odczuć tętniącą krew w zakrzepłych żyłach, ja na nowo mogę poczuć zapach życia, smak ciała i duszy, ponieważ jestem uważny, bo ja umie czuć. Jestem delikatny, wrażliwy, potrafię tworzyć, mam wszystkie cechy, które pozwolą mi spojrzeć inaczej na twą mroczną postać. Niedobra dziwko, alfonsie w jednej osobie. Nie zabierzesz mi wszystkich do grobu. Ja uratuję wszystkie Je. Na nowo staną w pełnym blasku, a pieśni o nich usłyszy cały naród. Wypłyną z czeluści wprost na estradę jak było to kilkadziesiąt lat temu, z pełnym blaskiem. Mam eliksir życia, jest nim mój talent!
Co powiecie po tym wstępie? Zaprzestaniecie dalszego czytania myśląc, że stworzył je jakiś niezrównoważony psychicznie człek. Być może... Istnieje pewna opowieść o człowieku, który przez czysty przypadek trafił do zakładu psychiatrycznego, a tam będąc w pełni sił umysłowych zaczął przebywać z chorymi. Po kilku tygodniach, ciągłej udręki spowodowanej, przemądrzałym personelem, którego nie mógł zrozumieć, stał się w przykrych okolicznościach kolejnym chorym. Tylko i wyłącznie przez władzę lekarzy i personelu, zaczął być niezrównoważonym psychicznie. To lekarze stwierdzali stan chorych, jego także. Ale on nie wierzył w chorobę swoją, jak i swych kolegów. Udowodnił to niejednokrotnie, bawiąc się z nimi, porozumiewając, żyjąc. Chciał następnie udowodnić to im samym jak i lekarzom, ale nie udało mu się... A może, osiągnął absolut, odleciał z Wodzem na zielone łąki... Spoczywa tam spokojnie. (Ludzie choć trochę obytych z wydarzeniami kulturalno artystycznymi wiedzą o czym mówię, cytując tą historię.) Czy ja mam się dać opinii przemądrzalców twierdzących, że śmierć następuje po pewnym czasie życia. Że ciało nie ma już soczystości, zapachu, ciepłą, duszy ... Wszystko uleciało ? Przecież ja w to nie wierzę! Ja jestem w stanie udowodnić, że to czyste bzdury, osób racjonalnych, które nie potrafią oderwać się na chwilę od ziemi. Myślę, że historia nie skończy się podobnie, jak w słynnym locie... Że mnie nie będą faszerować prądem, za me zachowanie, za me myśli.
Ale spokojnie. Niepotrzebnie się denerwuję. Tak samo jak on... Popadam w obłęd. Zatrzymałem się na chwilę, żeby spojrzeć co już pisze tyle lat, od zeszłej zimy minęły już dwa lata... I widzę, że to bardzo energiczne i zbulwersowane słowa. Niepotrzebna pasja, zakradła się w me serce. Nie mogę postąpić tak samo jak on. Ja to zrobię inaczej, udowodnię słowami, jakimi będą sprawozdania z poszukiwania. Ja wam dam odczytać publicznie owe sprawozdania i sami się przekonacie, że one wcale nie umarły. Że, One nadal żyją, są ciągle powabne i smakowite...
Mamy w swej kolekcji około szesnastu tabak, które są bardzo stare. Ludzie twierdzą, że umarły, zwietrzały... Ja w to oczywiście nie wierzę, o czym zresztą pisałem w wcześniejszych mych słowach. Jestem przekonany, czego niejednokrotnie byłem świadkiem, że między drobinkami tytoniu znajduje się zaszyfrowany smak tabaki. Tytoń, współdziałał z aromatem przez wiele lat, i aromat przesiąknął strukturę tego zielska. Lecz trudno dotrzeć do tej ostatniej przystani zapachu. Potrzebna jest do tego niezmierzona siła, pewna odmiana medytacji. Nie można obok takich tabak przejść obojętnie, trzeba sie nad nimi pochylić i mocno skupić swój umysł, a duchowi pozwolić ulecieć na wyżyny, gdzie smak tabaki tli się jeszcze leciuteńkim żarem. Nie możemy polegać na statystykach, które mówią kiedy tabaka przestaje pachnieć, na przemądrzałych tekstach, w których czytamy o okresie, temperaturze, świetle, klimacie... Ja w to nie wierzę. Mam ją przed sobą, mogę ją dotknąć, pocałować, oglądać z wszystkich stron, cieszyć się jej widokiem, i co najlepsze moi kochani, o potęgo niezmierzona, mogę ją poczuć w mym własnym nosie. Moje zmysły mogą być nią napełnione, a mój umysł i zdolności potrafią przelać te wszystkie odczucia na papier. Czy przecie nie o to chodzi ?
To nie będzie, żadna krucjata. Pamiętajcie o tym. Będzie to spacer po lesie fikcji, jak nazwał kiedyś pięknie zbiór swych esejów Umberto Eco. Kto będzie miał ochotę, przespaceruje się ze mną w tym lesie. Wiem dobrze, że dla niektórych owy gaj, jest straszną krainą gdzie lepiej nie wchodzić, bo i po co ? Są to zazwyczaj zbutwiali racjonaliści, ze swoimi teoriami naukowymi na temat tabak. Jeśli jesteście w stanie czuć, zapraszam do poszukiwań. W drodze będzie potrzebna wrażliwość, ulotność, siła ducha i nozdrza wyczulone do granic możliwości. Zostawcie tępe racje na zewnątrz, bo się szybko zgubicie.
Cykl opisów opatrzonych na wstępie podtytułem: "W poszukiwaniu smaku zaginionego", będzie was informował o owych spacerach jakie ja odbyłem i co odkryłem w ciemnym lesie, w którym nie ma życia ? Nie, oczywiście, że ono jest! Sami się przekonacie, One nadal żyją i mają się dobrze. Dziś już to wiem, po tylu latach ciągle żyją, i ja wraz z nimi. Tego jeszcze zimowego lutego roku 2004.
"Tekst ten odnalazłem w zagubionych archiwach. Leżał na dnie drewnianej skrzyni pokrytej po brzegi pustymi tabakierkami, po słynnej tabace Gawith Apricot Snuff. Skrzynka znajdowała się pod deskami podłogi w mym rodzinnym domu w Bystrej. Wiele lat temu gdy musiałem się ukrywać przed rodzicami, z tym że zażywam tabakę wyciąłem w podłodze dziurę, i zamontowałem zamek. Ukrywałem tam w środku między deskami, a stropem piwnicy, wszystkie tabakierki i rzeczy z nimi związane, także opisy i różnorakie teksty. Przypomniałem sobie o tej skrytce, odwiedzając dom w ostatniej przerwie świątecznej. Trzeba wam wiedzieć że nie mieszkam już tam kilka lat..."